Kategorie
Rozmowy

Maciej Bardo, Hellvoid: “Rysowaliśmy kolorowe scenariusze. Myśleliśmy, że 2020 rok będzie przełomowy”

Fot. Karol Makurat/Tarakum Photography

Muzycy gdyńskiego Hellvoid latami zdobywali doświadczenia w innych lokalnych składach. Długo i ciężko pracowali nad materiałem na debiutancki album dwubasowego zespołu, który planowany był na pierwszą połowę 2020 roku. Jak mówi Maciej Bardo, basista Hellvoid, pandemia utrudniła działanie grupy, choć muzycy nie składają broni i tworzą nową muzykę. Rozmawialiśmy pod koniec maja.

Rafał Mrowicki: Jak pierwsze tygodnie zeszłorocznego lockdownu wyglądały dla Hellvoid? Czy można wyobrazić sobie na to gorszy czas, niż ostatnie miesiące przed wydaniem debiutanckiej płyty?
Maciej Bardo: To była bardzo ciekawa sytuacja. Rysowaliśmy kolorowe scenariusze na rok 2020. Mówiliśmy sobie, że ten rok będzie  przełomowy. Chcieliśmy wydać debiutancki album długogrający. Wcześniej wydaliśmy dwie EPki, z których jedna  długością dochodziła do longplaya, ale to nie była ta jakość. Mieliśmy w planach kilka festiwali, koncertowo ten rok miał się rozkręcać. Czuliśmy, że ta machina zaczyna nabierać rozpędu. Byliśmy coraz chętniej przyjmowani w lokalach. Ludzie już trochę o nas słyszeli, na tyle byśmy mogli organizować sobie trasy koncertowe nieco swobodniej niż zespoły dopiero zaczynające. Dla nas źle się stało, że epidemia wybuchła wtedy. Płyta była znacznie mniej dostrzeżona,  niż  gdybyśmy promowali ją na koncertach. Mogliśmy promować ją tylko w Internecie.

Lockdown zaczął się w marcu, w płyta wyszła w czerwcu. W zespole była niechęć, poczucie zrezygnowania?
Nie chcieliśmy by sytuacja związana z koronawirusem wpłynęła na premierę płyty. Obiecaliśmy coś ludziom, którzy nas słuchają. Czekaliśmy na to 5 lat.

Pamiętam, że Mateo (Mateusz Karsznia – wokalista) powiedział mi, że robi z tobą zespół w lutym 2015.
Zgadaliśmy się jesienią 2014. Znalazłem Mateusza w ogłoszeniach. Byłem już trochę zrezygnowany poszukiwaniami muzyków. Wracając do lockdownu, to sytuacja ta miała też pewne wartości dodatnie. My, jak wiele zespołów, jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że granie nie jest naszym źródłem utrzymania. Mogliśmy dalej tworzyć materiał. Okres koncertowy jest fajny, jest jednym z najważniejszych okresów w działalności kapeli. Jednak jeżeli jest to odroczone, daje to czas na pracę nad muzyką. Mogliśmy skupić się na pisaniu nowych piosenek, obmyślaniu scenariuszy do nowych teledysków. Nie mogę powiedzieć, że sytuacja pandemiczna zablokowała naszą pracę. Nie wpłynęła na stan naszych portfeli, bo nie zarabialiśmy z muzyki. Z drugiej strony etap, w którym można było sobie usiąść i wykorzystać fakt, że ulice są puste, miał pozytywny wpływ na naszą twórczość. Pewnie nie napisalibyśmy tak szybko materiału na naszą kolejną płytę, którą już prawie mamy skończoną.

Ludzie chętnie sięgali po waszą płytę, pomimo, że nie można było jej kupić na koncertach, tylko przez Internet?
Feedback początkowo polegał na ludziach, którzy znali nas z koncertów. To była płyta wydana dla ludzi, którzy już trochę nas znali. Trochę płyt udało nam się sprzedać i dochód mogliśmy zainwestować w dalszą działalność zespołu i tworzenie teledysków w rzeczywistości pandemicznej. Nie mogę niestety powiedzieć, że wydanie płyty wiązało się z pozyskaniem nowych odbiorców. Było ciężko. Nie mogliśmy grać koncertów, które pomogłyby nam pozyskać nowych słuchaczy.

Trochę jednak udało wam się zagrać latem, kiedy poluzowano obostrzenia. Nawet udało wam się zagrać na jakimś festiwalu.
Na przełomie lipca i sierpnia zagraliśmy w Kostrzynie na imprezie o nazwie Narniostok. W czasach przedpandemicznych był to tylko podobóz, na terenie  woodstockowego terytorium. Organizatorzy Narniostoku zazwyczaj organizują imprezę z dyskoteką. W zeszłym roku zrobili coś większego. Impreza była przednia. Pomimo ograniczeń organizatorzy stanęli na głowie. Była spora strefa festiwalowa, która była dostępna dla 300 osób.

Widziałeś różnice w zachowaniu ludzi na widowni? Bawili się, czy podchodzili z rezerwą?
Ludzie, którzy pojawili się na Narniostoku, to standardowi i wyluzowani uczestnicy Woodstocku. Ludzie byli swobodni, chodzili w bieliźnie, pili wyszukane trunki, mieli też swój nietypowy humor i powtarzali, że “zaraz będzie ciemno”. Narniostok pomógł nam odżyć, na nowo poczuliśmy energię koncertów.

Byliście wygłodniali koncertów?
To jak aktor, który ma bezpośredni kontakt z widzami. To uzależniające i dodaje sił. Brakowało nam tego. Pierwsze miesiące pandemicznej izolacji były nieciekawe. Ludzie bali się tego zagrożenia bardziej niż teraz, bali się nieznanego. Restrykcje były też większe. Wielu z nas w ogóle nie wychodziło z domu. Gdy w wakacje mogliśmy zagrać, pomogło nam to się zregenerować.

Potem graliście jeszcze koncerty.
Jak miałem świadomość, że obostrzenia mogą się zatrzymać, to w lipcu przygotowując teledysk do “Red Desert”, wisiałem 24 godziny na dobę na telefonach rozmawiając z klubami w całej Polsce o koncertach na październik. Udało nam się zagrać 2 koncerty. Obdzwoniłem ok. 30 lokali. Zagraliśmy w Olsztynie pod koniec września i na początku października zagraliśmy w naszym ukochanym Ełku. Tam jest lokal o nazwie Warchlak, który jest bardzo przyjazny koncertowo dla zespołów, oferuje przyjazne warunki dla kapel i jest tam bardzo gościnnie.

Udało wam się zrobić też parę klipów, jak wspomniany wcześniej “Red Desert”. Teledysk do “Więcej” był kręcony w czasie lockdownu?
Plan teledysku przygotowaliśmy jeszcze przed lockdownem. Nagraliśmy go w marcu. To jedna z naszych bardziej wysokobudżetowych produkcji i nie chcieliśmy tego przesuwać. Pamiętam, że gdy byliśmy na planie teledysku, padła informacja, że Polska zamyka granice. “Więcej” to pierwszy teledysk w czasach pandemicznych. W wakacje zrobiliśmy “Red Desert” na wydmach lubiatowskich. Tu pracowaliśmy we własnym gronie, nie zatrudnialiśmy ekipy filmowej, więc pracowaliśmy nad tym bardzo bezpiecznie. Trzeci był “Czas”, który wyszedł w grudniu.

Mateo bardzo dobrze wypada w polskojęzycznych utworach. Przed Hellvoid śpiewał raczej tylko po angielsku.
Zauważyłem u Mateusza, że lepiej porusza się w języku polskim. Może gdybyśmy dalej trzymali konwencję doomową, to zostalibyśmy przy angielskim, który lepiej brzmi z growlem. Jeżeli jednak przeszliśmy pewną przemianę i nasz wokal jest bardziej śpiewany, to jednak język polski u Mateusza bierze górę.

Ta zmiana konwencji i brzmienia na płycie jest słyszalna, podoba mi się. Wcześniej graliście mocny doom metal, a na “Bass’N’Roll Vol.1” jest bardziej rockowo niż metalowo.
Testowaliśmy różne mechanizmy współgrania ze sobą dwóch basów. Chcieliśmy wybrać taką formę, która pomoże nam tworzyć muzykę na poziomie i nie zamykać się na słuchacza. Nie chcieliśmy tworzyć materiału dla koneserów, a otworzyć się na ludzi, którzy niekoniecznie są fanami muzyki metalowej, którzy niekoniecznie grają na instrumentach. Ludzie, którzy lubią takie eksperymenty muzyczne i są ukierunkowani na tego typu partie instrumentalne, często pasjonują się muzyką, bo sami na czymś grają. Chcieliśmy poszerzyć grono fanów. A poza tym, bardzo lubię AC/DC. Technicznie można kogoś gonić, ale wyczucie jest najtrudniejsze do wypracowania w graniu muzyki.

Kiedy doszliście do punktu, w którym nie chcieliście już grać takie muzyki, którą określiłeś graniem dla koneserów, czy dla innych instrumentalistów?
Maciej: To stało się dość wcześnie. Robiąc EPkę “Eyes of the Lucifer” czy “Gloomy Wizard” pisałem riffy rockowe. Można tam wyłapać tego typu naleciałości.

Owszem, to były naleciałości, jednak nadal było to mocne granie.
Maciej: Jeżeli pytasz o zmianę konwencji, to myślę, że miało to miejsce w trakcie pisania piosenki “Cult of the Sun”.

Można było tam wyczuć pewien kierunek.
Pierwsza wersja wokalu do tej piosenki była growlowana. Mateusz wyszedł z założenia, że trzeba się rozwijać, a jego zdaniem osiągnął już pewien poziom w growlu i chciałby iść dalej.

Basowo ty i Adrian (Jegorow – drugi basista) też idziecie dalej. Te 2 basy brzmią zupełnie inaczej niż parę lat temu, gdy na drugim basie grał z tobą Jakub Szwemin.
Tu też była zmiana konwencji. Z Jakubem Szweminem faktycznie był podział na bas rytmiczny i solowy. Ja byłem tą osobą prowadzącą, niemniej jednak Jakub…

Zaczęło go ciągnąć trochę w stronę jazzu…
Tak. Robił to w ciekawy sposób. Partie, które tworzył, były grane inaczej niż teraz postrzegamy bas, czyli instrumentu dudniącego na niskich częstotliwościach. On chciał zatrzymywć się na częstotliwościach średniowysokich. Nie mamy tak niskich tonów basowych w naszych poprzednich EPkach, bo Jakub chciał grać bardziej jak gitarzysta rytmiczny. To też miało swój urok, bo ten bas brzmiał w klimacie lat 80. Jakub też stroił bas w stroju tradycyjnym EADG, a my graliśmy ton niżej w D. Ujmował muzykę w sposób bardziej tradycyjny. Adrian przychodząc do zespołu przyjął doktrynę, że najważniesze by nie kłócić się ze mną częstotliwościami i uciekać w najniższe rezony. Zachował się jak Rex Brown z Pantery – zajął się najniższymi częstotliwościami, by zrobić wylewkę z basowego betonu.

Zaczęliście tworzyć materiał na nową płytę “Bass’N’Roll Vol.2”?
Tak.

A w trakcie prac nad pierwszą płytą, planowaliście kontynuację? Czy może tytuł debiutu nie miał głębszego podłoża?
To było inaczej. Musimy porozmawiać o tytule pierwszej płyty, dlaczego nazywała się “Bass’N’Roll Vol.1”. Po prostu lepszej nazwy nie znaleźliśmy. Jest to bass’n’roll i nasza pierwsza płyta. Nazwa jednak sugeruje, że musi być wolumin drugi. Nie mamy też pomysłu na tytuł drugiej płyty, a jako, że nowe piosenki są w podobnej konwencji, to “Bass’N’Roll Vol.2” pasuje do tego. Nie mogę jednak przyrzec, że tak na pewno będzie się nazywać.

Na jakim etapie są prace nad nią?
Dziś nagrywałem basy do siódmego nagrania demo. Mamy już instrumentarium an 3/4 materiału. Cały czas nie wiemy na razie jak będzie to zaśpiewane. Styl śpiewania będzie jak na pierwszej płycie, ale jeszcze nie mamy tekstów. Przy tekstach na pierwszej płycie Mateo pracował nad wokalem i nad tekstami. W pracach nad wokalem pomagał też nam producent Daniel Maciejewski, który jest naszym osobistym producentem. Praca z producentem jest jak praca z piątym członkiem zespołu, czasami zdarzały się też korekty tekstów, zwłaszcza tych w języku angielskim. Pandemia nie była dla nas taka zła. Nie odczuliśmy jej tak, jak odczuły ją zespoły żyjące z grania.

Planujecie coś na ten rok?
Trwają rozmowy na temat festiwali i imprez. Nie ma pewności czy to wypali, zwłaszcza jeśli pojawi się czwarta fala. Przez pandemię zmienił się nasz system pracy. Podstawą nie jest granie koncertów, a podstawą jest tworzenie nowych rzeczy i dawanie tego słuchaczom.

I podtrzymywanie zainteresowania z ich strony.
Trzeba dać więcej słuchaczowi niż cały czas jechać na materiale, który był wypuszczony wcześniej. Ważne by wykorzystać czas, w którym nie można grać koncertów, tworzyć nowy materiał. Nie ma koncertów, ale dajemy coś w zamian, dajemy wam następną piosenkę. Obiecuję, że jak będzie, to będzie fajnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *