Kategorie
Rozmowy

Piotr “Peter” Wiwczarek, Vader: “Koncerty były ratunkiem”

Fot. Karol Makurat/Tarakum Photography

Vader zdążył w ostatniej chwili wrócić do Polski z zagranicznych koncertów przed ogłoszeniem pierwszego lockdownu. Wiosną 2020 ukazała się ich najlepsza od lat płyta “Solitude In Madness”, której nie można było promować regularną trasą koncertową. Lider grupy Piotr “Peter” Wiwczarek wspomina, że po poluzowaniu obostrzeń udało się pograć koncerty za granicą, w tym w budynku niemieckiego kościoła. Dziwi się kolegom ze sceny, którzy ignorowali obostrzenia covidowe. Z “Peterem” rozmawiałem pod koniec marca.

Rafał Mrowicki: Jak pierwsze miesiące lockdownu wyglądały dla Vadera? Byliście dosłownie parę tygodni przed wydaniem nowej płyty “Solitude in Madness”.

Piotr “Peter” Wiwczarek: Sam lockdown zaatakował nas w trakcie trasy. To jeszcze nie był wyjazd promujący nową płytę, bo ta ukazała się na początku maja zeszłego roku. Album był opóźniony, m.in. przez długi proces produkcji płyt winylowych. Po konsultacjach z wydawcą zdecydowaliśmy się wydać materiał późną wiosną, a na początku roku wydaliśmy EPkę. Od pewnego czasu praktykujemy jako zespół taką formę zapowiedzi nowego pełnego wydawnictwa.

EPkę “Thy Messenger”.

Wydaliśmy coś świeżego, co było przygotowane już na nową płytę. Cover, tym razem był to Priest (utwór “Steeler” z repertuaru Judas Priest – rm.) i coś z klasyki Vadera, co szykowaliśmy na trasę, dla odświeżenia dla nowej generacji fanów. Był to utwór “Litany”. Z tym materiałem wyjechaliśmy na trasę w 2020 roku po Stanach Zjednoczonych. To był jedyny wyjazd jaki zagraliśmy z zeszłym roku w całości i chyba ostatnia trasa w USA, którą ktokolwiek zagrał od początku do końca przed epidemią w 2020. Czekaliśmy na te koncerty, fani również, bo nie było nas w Ameryce Północnej przez 3 lata. To miał być przedsmak tego, co planowaliśmy robić w drugiej połowie 2020 roku. Wróciliśmy do Europy.

Przed wydaniem nowej płyty mieliśmy zrobić jeszcze trasę. Udało nam się zagrać w Anglii, Niemczech, Belgii. Będąc w Holandii, która jest od zawsze bardzo przyjazna dla metalu, dosłownie godzinę przed otwarciem klubu przyszła informacja, że władze kraju robią lockdown i wszystko będzie pozamykane. Podobnie miało być w Polsce. Musieliśmy szybko się spakować i zasuwać na pełnym gazie, by zdążyć do domu przed zamknięciem granic. Udało nam się wjechać do kraju omijając duży korek. Potem udało nam się zagrać jeszcze dwa tygodnie we wrześniu, po chwilowym poluzowaniu. Odbywały się jednak w rygorze sanitarnym: w maskach, przy ograniczonej liczbie osób. Zagraliśmy jeszcze w Niemczech. Jeden koncert odbył się w działającym kościele ewangelickim – to było jedyne miejsce, do którego można było wpuścić 150-200 osób. Na co dzień odprawiane są tam nabożeństwa. Budynek należał do władz miasta, które udostępniały go na obrządki (śmiech). Śmiesznie było grać, choć problemów żadnych oczywiście nie było. Niemniej musieliśmy przystosować do tego miejsca parę naszych atrybutów scenicznych. W Polsce na koncertach wydawało się, że ludzie przestrzegają obostrzeń, ale czasem  zachowywali się jak na normalnym koncercie. Trochę to przerażało, nikt nie wiedział wtedy, jak będzie wyglądać druga fala epidemii.

Dla nas, a szczególnie dla ekipy trasowej, koncerty były wtedy ratunkiem. Techniczni, nagłośnieniowcy, pirotechnicy, oświetleniowcy – ci ludzie najbardziej ucierpieli. My w czasie lockdownu jakoś sobie radziliśmy, np. przez sprzedaż reedycji, czy innych gadżetów, które stają się ostatnio znowu bardzo modne. Przez brak koncertów ludzie skupili się na kolekcjonowaniu muzyki i tego wszystkiego, co związane z zespołami. Potem dosłownie rzutem na taśmę zagraliśmy jeszcze koncert w ostatni dzień roku, który był już sponsorowany ze środków wsparcia.

Mowa o koncercie w Toruniu, który był transmitowany online.

On nadal jest dostępny. Przez to, że był sponsorowany przez firmę, był to dobry zastrzyk pieniędzy dla całej naszej ekipy. Jak już mówiłem my, członkowie zespołu, jakoś sobie radzimy. Ja sprzedaję gadżety, cenne dla kolekcjonerów. Pająk udziela lekcji, ma szkołę gitarową. Podobnie James. Halik ma małe potrzeby, tak więc pieniądze, które ma, raczej mu wystarczą do przeżycia i do rozwijania nowego hobby, jakim stała się akwarystyka. Hobby pomaga nie zwariować. Szczególnie w sytuacji, kiedy nie można wyjść swobodnie z domu.

Ty akurat mieszkasz blisko przyrody.

Mieszkam w takim miejscu, że mógłbym wręcz nie zauważyć, że jest jakaś pandemia albo wojna. Nie mieszkam wcale tak daleko od ludzi, ale jestem na tyle odizolowany, by czuć się swobodnie. Gdybym tylko wyłączył telewizor, mógłbym totalnie się odciąć.

Wspomniałeś o kolegach z zespołu. James niedawno dołączył do Decapitated. To na stałe, czy pomaga im sesyjnie?

Podejrzewam, że na stałe. James gra w kilku zespołach. Dociągniemy pewnie do 10–lecia obecnego składu. Nie było nigdy problemów z graniem w innych zespołach, jeżeli to zespół Vader jest na pierwszym miejscu. Tu jednak zaczyna się robić bałagan, tak więc jeszcze w tym roku możliwe będą zmiany w zespole Vader.

Massive Music, z którym współpracujecie, otrzymało wsparcie państwowe. Do was też coś trafiło z tej dotacji?

To nasz agent koncertowy. Mariusz Kmiołek jest naszym menedżerem i to nas łączy, ale my nie jesteśmy częścią firmy. Zastrzyk pieniędzy wcale nie był aż taki, by było czym dzielić się z zespołem. Koszty są duże, jak choćby utrzymanie autobusu, który nie jeździ. Jedyną pomocą z jakiej korzystaliśmy, to pomoc w zorganizowaniu tego koncertu w Toruniu. Mieliśmy mało czasu, bo dowiedzieliśmy się o tej możliwości w połowie grudnia. Udało się jednak, pomimo, że okres promocyjny był krótki. Ten koncert był nagrywany, więc było to coś innego niż koncert online na Louder Feście, który graliśmy w połowie marca bieżącego roku i który był 100% na żywo.

Oglądałem występ na Louder Feście. Oglądanie festiwalu online było czymś osobliwym. Czym było to dla was? Pod sceną nie było fanów, ale jednak było tam trochę osób, choćby z ekipy technicznej i innych kapel.

W Toruniu wszystko nagrywaliśmy po parę razy. Ten ostatni koncert, był na żywo.  Dla metalowca nie będzie jednak prawdziwym koncertem taki, na którym nie ma publiczności. Grając koncert jestem trochę jak zamknięty w balonie emocjonalnym, ale jakaś interakcja z ludźmi zawsze jest. Koncert metalowy to zespół i publiczność. To współdziałanie!  Kastrując koncert z publiczności dajemy tylko jego namiastkę. Sytuacja jest jednak wyjątkowa, nigdy wcześniej nie było takiej epidemii, a fani wykazują się zrozumieniem. My nie należymy do grupy ludzi, które mogą liczyć na pomoc ze strony państwa. Nie prosimy o to. Nigdy na to nie liczyliśmy. Zawsze staraliśmy się żyć równolegle do „biznesu” i nie liczyć na ludzi, którzy zmieniają się na stanowiskach w zależności od zmian politycznych. Jeżeli to potrwa dłużej, to będzie bardzo ciężko. Jako Vader dotrzemy zaraz do 40. lat istnienia. Po takim czasie przebranżowienie się może jest czymś łatwym dla polityków. W naszych realiach to nie jest proste.

Wydawało mi się zawsze, że w tym przypadku państwo powinno pomóc. Nie jesteśmy w takiej sytuacji , w jakiej jest np. Szwecja czy Norwegia, które są dumne ze swoich zespołów grających metal, które reprezentują dobrze kraj za granicą. My reprezentujemy nasz kraj dobrze i skutecznie od wielu lat. Jakaś pomoc, jak każdemu innemu, powinna się należeć. Choćby tak, by móc grać koncerty online. Byśmy mogli robić to, co robimy najlepiej. Sam jestem zwolennikiem restrykcji związanych z pandemią. Przez to, że ich nie zachowywaliśmy, że wiele osób wierzy w to, że pandemii nie ma, to wszystko nadal trwa i powstają kolejne mutacje wirusa. To może trwać dalej, a kolejnego roku pandemii świat może nie wytrzymać i ludzie wyjdą na ulice. Może dojść do anarchii. Głodny nigdy nie zrozumie sytego, a syty głodnego. Politycy nie mają pojęcia jak można żyć bez pracy, być zamkniętym bez tego, co było wcześniej sensem życia.

Czyli nie masz problemu z dyscypliną i noszeniem masek.

Nie. Nie rozumiem wręcz wielu moich kolegów, którzy nazywają to „atakiem na wolność”. Nie wiem co oni rozumieją pod pojęciem wolności, ale wolność kojarzy im się chyba z anarchią albo z nimi samymi. Ja tego nie rozumiem. Nie rozumiem jakim problemem jest dyscyplina? Wiem, że w Polsce każdy nakaz nie jest lubiany, to nasza wada. Potrafimy narzekać, ale jednocześnie zastanawiamy się jak to jest, że jakieś zachodnie kraje mają coś, czego my nie mamy. W sytuacji problemu w skali globalnej, dyscyplina jest potrzebna. Rozumiem, że młodym ludziom trudno jest siedzieć cały czas w domu, ale jestem pewien, że gdyby rok temu, zrobiono to, co teraz już musimy zrobić, czyli przykręcić śrubę na parę miesięcy, to opanowalibyśmy pandemię. Granice nie są szczelnie zamknięte. Wystarczy jeden chory, by przenieść wirusa. Bardzo mi przykro, że tak wiele osób tego nie rozumie, że nie znają podstawowych informacji z lekcji biologii w podstawówce. Wygląda to tak, jakby przeszkadzało im, że to „choroba, która nie zabija” , jak choćby czarna ospa, że ludzie nie padają na ulicach. Trudno sobie komuś wyobrazić, że ktoś może chorować bezobjawowo ale roznosić zarazki. No bo jak? (śmiech) Właśnie tak! Dlatego to jest taka straszna choroba, ktoś może ją roznosić i nawet o tym nie wie. Doszukiwanie się tu spisków jest absurdalne. Politycy oczywiście tę sytuację wykorzystują i mają z tego korzyści. Tak jest na całym świecie, również w Polsce. Takich ludzi nie można traktować jako autorytety, dzięki którym można nie wierzyć w pandemię.

Widzisz nadzieję na powrót do normalności w szczepionkach?

Gdyby to było w zeszłym roku, gdy wirus tak nie mutował, to pewnie szanse na opanowanie sytuacji byłyby większe. Mówi się oficjalnie, że 80 proc. społeczeństwa powinno się zaszczepić, żebyśmy mieli opanowaną pandemię. Ludzie muszą jednak zrozumieć naturę wirusa. Szczepionka jest nadzieją. To szansa, z której każdy powinien skorzystać. One nie zarażają. To nie są szczepionki bakteryjne, które wszczepiają bakterię by pobudzić organizm do odporności. Ludzie tego nie rozumieją, ale bardzo chętnie słuchają samozwańczych internetowych „profesorów”. W tym świecie więcej nie wiemy, niż wiemy. Takie doświadczenia są bolesnym kopniakiem dla całej ludzkości, ale w ten sposób uczymy się czegoś nowego. Może za 10-20 lat będziemy wiedzieli o koronawirusach tyle, że będzie dla nas znaczyć tyle co katar. Może w ogóle go nie będzie jak niektóych chorób, które kiedyś pustoszyły świat.

Czyli w kwietniu zapiszesz się na szczepienie.

Na pewno. Jestem na 90 proc. przekonany, że gdzieś to przechorowałem, ale kompletnie tego nie czułem. Ta choroba mogła przejść przeze mnie jak woda przez papier. Nie robiłem jednak testów, jestem odizolowany. Spędzam czas tylko z moimi bliskimi. Żona robi tylko zakupy raz na tydzień lub dwa tygodnie. Na pewno się zaszczepię. Nawet gdybym był ozdrowieńcem, to szczepienie by mi nie zaszkodziło.

To rozsądne podejście, biorąc pod uwagę jak wielka jest niechęć do szczepień.

Gdyby nie było Internetu, to sprawa byłaby łatwiejsza. To dawanie mikrofonu każdemu, kto dla żerowania na strachu będzie gadać głupoty. Dziwię się tzw. antyszczepionkowcom. Przecież ludzie umierają na naszych oczach! To nasi bliscy i znajomi. Wielu ludzi, których znaliśmy, moi znajomi, niekoniecznie starzy, już nie żyją. Część poumierała z powodu powikłań. Jedni umierają, a inni nawet nie wiedzą, że zachorowali. To jak działa wirus, zależy od tego, jak działa nasz organizm.

Rozmawiasz może na temat epidemii z kolegami z zagranicznych zespołów? Porównujecie sytuacje w waszych krajach?

Na pewno część ludzi myśli tak jak ja, ale część inaczej. Niektórzy są przeciwni temu wszystkiemu, a część w ogóle nie wierzy w epidemię. Dlatego wolę o tym nie dyskutować, bo nie chcę tracić przyjaciół i kolegów z powodu różnic zdań. Jasno wyraźnie zaznaczyłem paru znajomym, że jeżeli będą namawiać do tego, by się nie szczepić, czy wychodzić na ulice bez masek w imię jakiejś wolności, to nie będą już moimi kolegami, bo to by oznaczało, że nie obchodzą ich ludzie wokół i ich zdrowie, tylko oni sami. Powinniśmy myśleć nie tylko o sobie, ale i o innych.

Jako Vader macie jakieś plany na ten rok?

Mamy zaplanowane koncerty. Ważna jest szczepionka. Jeżeli uda się zaszczepić odpowiednią ilość społeczeństwa na świecie, koncerty będą  możliwe. Może z rygorem sanitarnym, ale jednak będą możliwe, chociażby po to, by sprawdzić efekt szczepienia. Jeżeli nie będzie nowych mutacji i wirus nie będzie się panoszyć, to może pod koniec roku będzie można grać część imprez tak jak w normalnych czasach – będzie można zagrać koncert bez masek, wypić piwo przy barze czy porozmawiać ze znajomymi w klubie.

A wydawniczo? Reedycje “De Profundis” i “Litany”?

Tak. “De Profundis” była nieco opóźniona. Miałem nadzieję, że uda się wydać to na wiosnę. Ustaliliśmy jednak – na razie nieoficjalnie – z Nuclear Blast, że płyta wyjdzie w kilku formatach, w tym po raz pierwszy na winylu, w lipcu tego roku. Ze swojej strony na pewno wypuścimy ponownie singiel “An Act of Darkness” z coverem “I Feel You” Depeche Mode – singiel w latach 90. promował “De Profundis”. Planuję też jesienią tego roku nagrać EPkę. W maju rocznica premiery naszej ostatniej płyty, której nie mogliśmy promować na żywo, choć jest bardzo dobrze przyjęta. Chcielibyśmy dodać 2 świeże utwory, które będą powiązane z ostatnią płytą i które dołączymy do setu koncertowego. Mam też inne plany, ale na razie nie chcę ich zdradzać. Jeden z nich może być zaskakujący.

Co robisz w wolnym czasie nie mogąc grać koncertów? Jak ci minął ten rok?

Przez pierwsze miesiące lockdownu chciałem zrobić porządki w domu, zrobić remanent płyt, popracować nad modelami do sklejania, może coś nagrać. Przez 3-4 miesiące nie zrobiłem kompletnie nic z tego co zaplanowałem. Nie dlatego, że siedziałem na tyłku, ale pojawiły się inne zajęcia, które nas pochłonęły, jak choćby sprawa reedycji. Pierwsze pół roku przeleciało bardzo szybko. Dopiero późną jesienią zeszłego roku udało się jakoś zacząć realizować różne plany. Boli mnie to, że mieszkam na pięknych terenach, po których można chodzić i może 10 procent tego czasu udało mi się wykorzystać na spacery. Myślałem, że siedząc w domu, będę się czuł jakbym był internowany, zamknięty, ale czasami okazuje się, że teraz mam mniej czasu dla siebie, niż w czasach normalnych wyjazdów. Jedynym plusem jest to, że jestem z rodziną i bliskimi, a nigdy nie miałem na to czasu. Nie ma już tak, że wyjeżdżam, żegnam się z małymi kotami i gdy wracam są duże i mnie nie poznają (śmiech).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *